Pianistka Danuta Dworakowska mówi, że powstańcze koszmary powracają we śnie. W zrujnowanej Warszawie szybko musiała wejść w dorosłość. Nie sądziła, że najlepsze lata życia spędzi potem w Niemczech.
DW: Jak dowiedziała się Pani o wybuchu Powstania Warszawskiego?
Danuta Dworakowska*: Wiedzieliśmy, że powstanie wybuchnie, że musi do niego dojść. To było wtedy oczywiste. Usłyszeliśmy strzelaninę na mieście, ale początkowo nie wzięliśmy tego za zryw, bo całą okupację do nas strzelano, to nie było nic nowego. Potem przybiegł pan dozorca i powiedział: Słuchajcie, mamy Powstanie! Oczywiście było wielkie poruszenie. Byliśmy wtedy bardzo niecierpliwi. Wiedzieliśmy, że wojska radzieckie stoją po drugiej stronie Wisły. Bardzo chcieliśmy, żeby ta wojna się skończyła. To, co stało się potem, przeszło nasze wyobrażenie, ponieważ nie wiedzieliśmy, jak jesteśmy przygotowani i ile powstanie potrwa. Chodziły słuchy, że to będzie kilka dni, tymczasem minął tydzień, drugi, trzeci… W czwartym Starówka została rozbita. Potem miałam wątpliwą przyjemność przejść kanałami do Śródmieścia.
W powstaniu byłam sanitariuszką, pomagałam jak umiałam. Opatrywałam powstańców i cywilów. Przecież bomby i karabiny nie wybierają, w kogo trafią. Czasem dostawałam inne zadania. Na przykład raz powstańcy rozbili jakiś magazyn żywnościowy z zapasami cukru. Ten cukier trzeba było rozdać powstańcom i cywilom. Miałam taki płaszcz z wieloma kieszeniami. Nosiłam w nich te kostki cukru. Latałam potem na pozycje chłopaków i szybko dostałam przydomek „Słodka Lenusia”.