Donald Trump lubi mówić, że kończy wojny jednym podpisem. Tyle że historia jego "pokojowych dealów" pokazuje coś innego: szybkie fanfary, a potem powrót strzałów. Jak zauważa Michael MacArthur Bosack, ekspert w dziedzinie negocjacji i specjalny doradca ds. stosunków rządowych w Radzie Yokosuka ds. Studiów Azji i Pacyfiku, pokój w trumpowskim wydaniu bywa papierową konstrukcją — efektowną na konferencji prasowej, lecz kruchą w starciu z rzeczywistością. Gdy gasną kamery, wracają stare demony: brak gwarancji, brak nadzoru i brak planu na dzień po. Dziś ten sam scenariusz grozi Ukrainie, bo pośpiech znów bierze górę nad rozwagą. A wojna, jak wiadomo, nie czyta nagłówków i nie zna politycznego kalendarza.
Donald Trump przedstawia się jako wybitny architekt pokoju. Jednak gdy przyjrzeć się bliżej jego rzekomym "porozumieniom pokojowym", widać wyraźnie, jak kruche i nietrwałe są to konstrukcje. Negocjatorzy Trumpa zajmujący się Ukrainą powinni uważnie obserwować te doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski.
Donald Trump od dawna chwali się swoją zdolnością do szybkiego kończenia konfliktów — na tyle intensywnie, że znalazło to nawet odzwierciedlenie we wstępie do niedawno opublikowanej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA.