Administracja Donalda Trumpa twierdzi, że szybko pokona Iran i że nie dojdzie do powtórki z niekończących się wojen, które Amerykanie prowadzili w Iraku i Afganistanie. Wszystko jednak wskazuje, że amerykańska klasa polityczna wcale nie wyciągnęła kluczowych wniosków z tamtych doświadczeń.
— To nie jest rok 2003. Nie będzie niekończącego się budowania demokracji w innych krajach — twierdzi regularnie sekretarz obrony USA Pete Hegseth. To oczywiste nawiązanie do inwazji USA na Irak, gdzie administracja George’a Busha juniora najpierw obaliła Saddama Husajna, a następnie przez lata próbowała zaprowadzić własne porządki. Skończyło się wojną domową, destabilizacją regionu i narodzinami Państwa Islamskiego, czyli, krótko mówiąc, wstydliwą klęską Amerykanów.
Wydawać by się zatem mogło, że intuicja Hegsetha, by nie wikłać się w wojny bez końca, jest słuszna i świadczy o tym, że odrobił lekcję iracką. Ale to nie do końca prawda. Atak na Iran świadczy raczej o głębokim niezrozumieniu przez obecną amerykańską klasę polityczną powodów, dla których w Iraku wszystko poszło nie tak.