W styczniu Polską wstrząsnął skandal związany z zagubieniem przez wojsko części transportu min, które ostatecznie odnalazły się pod magazynem IKEA. Po tej głośnej historii wprowadzono nowe procedury. Postanowiliśmy sprawdzić, jak działają. Okazuje się, że ze składu amunicji w Hajnówce, z którego pochodził feralny transport, pojazdy wyjeżdżają niemal bez żadnej kontroli. Co więcej, szefem ochrony był tam do niedawna podoficer wielokrotnie łapany pod wpływem alkoholu. Nasze źródła ujawniają też, że w pobliżu oddalonego o kilkanaście kilometrów od granicy z Białorusią składu przed laty zostały odkryte obserwujące go tajemnicze urządzenia.
Napięcie podczas Sejmowej Komisji Obrony Narodowej poświęconej zagubieniu min przeciwpancernych było wręcz namacalne. Politycy opozycji byli przygotowani do frontalnego ataku na obóz rządzący, za którego kadencji doszło do karygodnych uchybień. Ci drudzy robili wszystko, aby wykazać, że zagubienie min było jednorazowym błędem, z którego wyciągnięto wnioski.
Komisję zwołano półtora miesiąca po tym, jak Onet opisał historię zagubienia przez wojsko 240 min przeciwpancernych. Ładunek min został przeoczony przez wyładowujących je żołnierzy w składzie amunicji w Mostach pod Szczecinem, dokąd przyjechały z innego składu w Hajnówce na wschodzie kraju. Przez 11 dni miny jeździły po całej Polsce w cywilnych wagonach. Niemal przez tydzień wojsko było nieświadome zguby, a przez kolejne pięć dni szukało min po całym kraju. Ostatecznie odnalazły się w wagonie stojącym pod magazynem IKEA w Orli, 20 km od miejsca, z którego wyjechały niemal dwa tygodnie wcześniej.