Im dłużej trwa wojna w zatoce, tym lepiej dla Rosji i jej sojuszników. Trudno sobie wyobrazić lepszy prezent dla Władimira Putina od Donalda Trumpa. Początek bombardowania Iranu przez Stany Zjednoczone i Izrael na pewno był dla rosyjskiego dyktatora trudną chwilą refleksji. Przecież dla Moskwy podstawą jest twierdzenie, że świat jest wielobiegunowy, a Ameryka jest słaba i niezdolna do pełnienia roli supermocarstwa. Z tego poczucia niezdolności i słabości Ameryki wynika konstatacja, że świat ma inne centra wpływu — przede wszystkim Chiny, ale także Rosję.
Z tej wiedzy Władimir Putin czerpie całe swoje przekonanie, które legło u podstaw jego polityki zagranicznej. Sprowadza się ono do kilku założeń:
— Stany Zjednoczone są słabe, a Rosja też jest mocarstwem, więc ma prawo do własnej strefy wpływu;
— w tej strefie wpływu jest Ukraina i nie ma znaczenia, co na ten temat myślą sami jej mieszkańcy,
— prawo międzynarodowe jest dla słabych, silni nie muszą nim się zupełnie przejmować.