Żaden z nich nie chciał walczyć. Obaj przemocą zostali zaciągnięci na front. Uciekli, ale zostali złapani. Uciekli znowu — trochę dzięki szczęściu, trochę dzięki przekupstwu i przypadkowi — i opisują, jak przebyli dosłownie całą Rosję, z Sachalinu do granicy z NATO, by ukryć się w fińskiej wiosce.
Rustam spędzał urlop we Władywostoku prawie dokładnie rok temu. Wybrał się z przyjaciółmi do tego dużego rosyjskiego miasta nad Pacyfikiem i tego wieczoru jedli kolację w restauracji, gdy przed lokalem zatrzymał się mercedes bez tablic rejestracyjnych. Wysiadło czterech mężczyzn, weszli do środka, pokazali jakieś legitymacje i zaczęli sprawdzać dokumenty wszystkich obecnych. — Był problem z moim paszportem — wspomina Rustam. — Powiedzieli mi, że muszę z nimi pójść. Natychmiast.
Zabrali go na posterunek. Powiedzieli, że postawiono mu zarzut na podstawie kodeksu karnego za napaść na funkcjonariuszy policji. — To była kompletna bzdura. Wymyślona z niczego. Ale to, co mówiłem, nie miało znaczenia. Pobili mnie i przetrzymywali przez dwa dni — opowiada Rustam. Potem przyszli po niego żołnierze. Wsadzili go do samolotu lecącego do Zaporoża, na front w Ukrainie.