Między ministrami Karola Nawrockiego kipi od emocji. Jak ustalił Onet, Marcin Przydacz był o krok od doprowadzenia do dymisji Sławomira Cenckiewicza. Powód? Paraliż decyzyjny, szwankująca współpraca z Ministerstwem Obrony Narodowej i wojskiem, brak certyfikatów bezpieczeństwa i fatalne sygnały płynące z Pentagonu. Choć "miękkie lądowanie" dla szefa BBN było już przygotowywane, to dymisję wstrzymał tekst "Gazety Wyborczej".
W Kancelarii Prezydenta doszło do rozłamu pomiędzy najważniejszymi urzędnikami. Po jednej stronie barykady stanął Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej. Po drugiej — frakcja skupiona wokół Sławomira Cenckiewicza, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Głównym punktem zapalnym stały się relacje Kancelarii Prezydenta w Stanach Zjednoczonych. Przydacz, wspierany przez cenionego w Waszyngtonie attaché obrony gen. Krzysztofa Nolberta budował relacje z Pentagonem. — Działania ludzi Cenckiewicza zaczęły nam szkodzić — twierdzą rozmówcy Onetu związani z Pałacem Prezydenckim.
Skandal w Pentagonie. Generałowie "dostali po łapach"