— Każdemu się zdarza, a ja nie jestem z tych, co to przy 37 st. C leci do łóżka i mamrocze, że umiera. Szkoda życia na takie banialuki — myślał Piotr. 38-latek prowadził intensywny tryb życia: praca w IT, treningi trzy razy w tygodniu, projekty i terminy. Mówił o sobie, że "chorować nie ma kiedy", dlatego sezonowe infekcje zawsze ignorował. Na szczepienie przeciwko grypie nie miał czasu. Infekcja miała jednak inne zdanie, o czym Piotr przekonał się boleśnie na własnej skórze. — Nigdy nie przypuszczałem, że grypa może tak człowieka powalić. Z dnia na dzień z aktywnego faceta zmieniłem się w zombie, które nie ma siły wstać z łóżka — mówi dziś. Skończyło się kilkudniowym pobytem w szpitalu, pod kroplówkami i obserwacją.
Kiedy "kozak" trafia do szpitala
Pierwsze objawy choroby przyszły nagle. Rano Piotr był w pracy, później poszedł, jak zwykle, na trening, wieczorem pojawiło się drapanie w gardle i dreszcze, a rano gorączka skoczyła do 39,5 st. C. — Myślałem, że to jakaś jednodniowa wirusówka. Wziąłem tabletkę, zrobiłem kawę i usiadłem do komputera — opowiada.