Zwolniony w fikcyjnej procedurze. MON milczy, sąd zlekceważył, ustawa nie przewiduje powrotu. To nie jednostkowy przypadek, lecz przykład mechanizmu, który może dotknąć każdego żołnierza.
Od miesięcy alarmujemy: nawet gdy żołnierz udowodni przed sądem, że zwolnienie było bezprawne – nie ma jak wrócić do służby. Ustawa o obronie Ojczyzny pozostawiła dramatyczną lukę – bez procedury, bez odszkodowania, bez sprawiedliwości.
Na łamach portalu wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, że nawet żołnierz, który przed sądem administracyjnym udowodni bezpodstawność decyzji o zwolnieniu, nie ma dziś żadnej gwarancji powrotu do służby. Nie istnieje żaden tryb. Pozostaje co najwyżej symboliczne odszkodowanie – jeśli w ogóle. Ten prawny absurd staje się dramatem życiowym, a czasem osobistą tragedią.
Przez ten mur bezduszności i instytucjonalnej obojętności próbuje dziś przebić się ppłk Adam L. (nazwisko zmienione), oficer z ponad 30-letnim stażem, który od blisko dwóch lat walczy z machiną wojskowej biurokracji. Złożył wniosek do ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza o uchylenie decyzji kadrowej i równolegle zwrócił się do Rzecznika Praw Obywatelskich, prosząc o objęcie sprawy nadzorem na podstawie art. 16 ustawy o RPO. Twierdzi, że został pozbawiony służby w wyniku działań nielegalnych, pozornych i prowadzonych z rażącym naruszeniem prawa. Wskazuje winnych z nazwiska i dokumentuje krok po kroku, jak złamano przepisy – oraz zasady przyzwoitości. Wniosek do ministra toczy się równolegle do postępowania sądowego i ma stworzyć możliwość naprawy błędów w trybie nadzoru. Daje ministrowi szansę na podjęcie decyzji naprawczej – zanim uczyni to sąd lub opinia publiczna. Istnieje realna możliwość, że o skali naruszeń nie był dotąd poinformowany.