Polska inwestuje rekordowe środki na obronność, w stosunku do PKB jest liderem w NATO, a politycy podkreślają siłę armii. - Nie ma pilotów, nie mają specjalistów, którzy obsługują sprzęt obrony powietrznej, nie ma załóg w czołgach, nie ma nawet żołnierzy tylu, żeby ich wysłać na granicę - mówiła w podcaście Polskiego Radia "Strefa Wpływów" Edyta Żemła. Stwierdziła też, że Wojsko Polskie skupiło się na apanażach i emeryturach.
Ilu w Polsce jest żołnierzy "na papierze", a ilu faktycznie zdolnych do walki? Jak długo polska armia mogłaby przetrwać, gdybyśmy zostali zaatakowani, a sojusznicy nie podążyli nam z pomocą? Latem 2024 roku szef BBN Jacek Siewiera, powołując się na dane zebrane przez NATO, informował, że Polska ma trzecią największą co do liczebności armię w Sojuszu. Czy zatem jesteśmy bezpieczni? Gościni "Strefy Wpływów" Edyta Żemła, dziennikarka specjalizująca się w tematyce wojskowej i autorka książki "Wojsko z tektury" stawia nieco inną diagnozę.
- Dobrze nie jest - powiedziała Edyta Żemła. Wskazała, że "nadal wojsko funkcjonuje w systemie pokoju, udając, że właściwie nie ma wojny". Nawiązując do ostatnich ćwiczeń "Żelazny Obrońca" zauważyła, że takie same scenariusze ćwiczeń można było obejrzeć 15 lat temu. - Armia nie widzi zmian, które się dzieją za naszą granicą - powiedziała. Oceniła, że wojsko żyje w "wygodnym światku, gdzie ważne są przywileje, ważne są apanaże, ważne są emerytury", a szkolenia to dodatek.
200 tysięcy żołnierzy, czy zaledwie 30 tys.?