Huragan był tylko jedną z przyczyn. I jeśli nawet sam prom był nie do uratowania, to liczba ofiar wśród załogi i pasażerów nie musiała być tak wysoka. Zatonięcie Jana Heweliusza to wciąż największa tragedia morska powojennej Polski.
Rozkaz opuszczenia pokładu nadano na mostku Jana Heweliusza tuż po 4.30 nad ranem: osiem krótkich sygnałów, jeden długi.
Przechył promu na lewą burtę sięgał już wtedy 30 st. i załoga wiedziała, że przy huraganowym wietrze, który uderzał od prawej burty, nie zdoła go wyrównać. Nadano sygnał Mayday. Cisza w eterze zapadła kilka minut po piątej. "Heweliusz" był już odwrócony stępką do góry, Jeszcze przez kilka godzin miał dryfować na wodzie.
Odbył ponad 5 tys. rejsów przez Bałtyk. Gdy wyruszał w ostatni — zwyczajową trasę do szwedzkiego Ystad – na jego pokładzie było ponad 60 osób. Z katastrofy miało ocaleć ledwie dziewięć.