Były komandos-saper Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu tłumaczy, jakie elementy montażu materiałów wybuchowych na polskich torach wskazują, że zrobili to specjaliści. Ekspert wyjaśnia też, dlaczego sabotażyści nie odnieśli pełnego sukcesu. Na podstawie prowadzonych przez siebie szkoleń ocenia przygotowanie naszych służb do walki z aktami dywersji oraz wskazuje, dlaczego przyjęcie tysięcy uchodźców ze Wschodu bez weryfikacji "odbije nam się czkawką".
Co konkretnie stało się na linii kolejowej Warszawa-Lublin w rejonie wsi Mika 17 listopada?
Ireneusz Michalik, były komandos-saper z Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu: Na tych torach zastosowano ładunki plastiku. Sprawcy podzielili sobie materiał na trzy części, ale źle go poporcjowali. Dlatego w dwóch miejscach ładunki zniszczyły szyny, a w trzecim, mimo że doszło do eksplozji, szyna nie uległa zniszczeniu. Widać do dobrze na udostępnionych zdjęciach. Po lewej stronie zdjęcia szyna jest ładnie "wyczyszczona" przez eksplozję, co oznacza, że do niej doszło. Wybuch zerwał zresztą mocowanie szyny, co widać na zbliżeniu, ale ten trzeci ładunek okazał się zbyt mały, by spowodować zniszczenie szyny.