W ciągu dwóch lat Polska skompletować ma satelitarne zdolności rozpoznawcze, które planowała od ponad dekady. To inwestycja w obronę i odstraszanie, ale też dowód rewolucji.
Biała kula wystająca nad pudełkowatym budynkiem na warszawskim Bemowie to jedyny dający się spostrzec znak tej rewolucji. Kula osłania antenę satelitarną, rzecz nienową w polskim krajobrazie – podobne widać przy lotniskach. Ale ten talerz w środku ma 4 m średnicy i już teraz jest w stanie łączyć – w dwie strony – polskie satelity z polskim centrum operacji kosmicznych.
Test tego systemu pokazano w ubiegłym tygodniu – na satelicie „użyczonym”, ale za kilka miesięcy będziemy już mieli nasze, wojskowe, pierwsze w historii. W budynku pod anteną sala operacyjna to rząd zaledwie kilku biurek i komputerów naprzeciwko ściany ekranów, na których wyświetlane są dane i wykresy. Na tym też polega dzisiejsza „rewolucja w sprawach kosmicznych”: nie są potrzebne setki ludzi wpatrujących się w dziesiątki komputerów w wielkich salach.