Wojna wypowiedziana "narkoterrorystom" przez Donalda Trumpa w jego drugiej kadencji od początku wzbudza poważne kontrowersje. To, co Biały Dom uważa za legalne działania objęte prawem międzynarodowym, w świetle najnowszych doniesień może okazać się zbrodnią wojenną. Chodzi o wrześniowy atak amerykańskich sił specjalnych na łódź na Morzu Karaibskim, w którym zginęło 11 osób. Ofiar mogłoby być mniej, gdyby nie rozkaz ponownego uderzenia we wrak. Kto faktycznie ponosi odpowiedzialność za te zabójstwa? W USA właśnie trwa walka o wskazanie winnego.
W poniedziałek 1 grudnia Biały Dom potwierdził, że we wrześniu br., po nieudanej pierwszej próbie, amerykańska jednostka wojskowa przeprowadziła drugi atak, w wyniku którego zginęli ranni [w pierwszym ataku] cywile, i w dużej mierze obarczył odpowiedzialnością dowódcę marynarki wojennej kierującego misją.
Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt stwierdziła, że dowódca amerykańskich sił specjalnych admirał Frank Bradley działał "w ramach swoich uprawnień i zgodnie z prawem", przeprowadzając drugi atak na domniemanych handlarzy narkotyków na Karaibach, po tym jak siła pierwszego ataku wyrzuciła ich z łodzi.