Instrukcja DU‑7.x miała unowocześnić szkolenie i przybliżyć wojsko do standardów NATO. W praktyce stworzyła system tak skomplikowany logistycznie, że już nie szkoli – tylko dusi. Karetki jadą dalej niż żołnierze, punkt medyczny istnieje głównie w instrukcji, ochronniki słuchu pamiętają lata 90., a strzelnice pękają w szwach. To opowieść o tym, jak przepis może sparaliżować armię szybciej niż przeciwnik.
Gdy zaczynaliśmy analizować DU-7.x, wydawało się, że problemem jest tylko strzelanie. Tymczasem z dokumentów, relacji żołnierzy i danych medycznych wyłania się coś większego: armia, która sama nie jest w stanie spełnić wymagań własnej instrukcji. Brakuje 41 proc. lekarzy, brakuje ochronników słuchu, brakuje strzelnic, a logistyka regularnie wywraca się o własne nogi. DU-7.x nie zepsuła systemu. Ona pokazała, że tego systemu w ogóle nie ma.
Karetki, które jeżdżą dalej niż żołnierze
Zabezpieczenie medyczne DU-7.x wygląda jakby było projektowane dla operacji wojennej, a nie dla szkolenia strzeleckiego. Instrukcja wymaga pełnej obsady medycznej, łączności z PRM, pojazdu sanitarnego i punktu medycznego z zespołem. Efekt? Karetki ściągane z innych województw, prywatne zespoły wynajmowane przez WOG-i i instruktorzy czekający godzinami, aż pełny skład pojawi się na miejscu. Strzelanie nie rozpocznie się bez kompletnej obsady, a ta w realnym wojsku często nie istnieje.
Strzelnice daleko, karetka jeszcze dalej. Logistyka po polsku – i pierwszy realny mur DU‑7.x
Z tym problemem biją się na co dzień dowódcy kompanii i batalionów. I to właśnie w tym miejscu teoria DU‑7.x zderza się z betonem rzeczywistości. Strzelnice garnizonowe są nieliczne i obłożone – wojsko dojeżdża do nich z drugiego końca województwa. Żołnierze spędzają godziny w autokarach, paliwo znika, a czas szkoleniowy topnieje. Gdy wreszcie docierają na miejsce, okazuje się, że trzeba jeszcze spełnić wymogi zabezpieczenia medycznego.