Pierre Delbet był francuskim chirurgiem wojskowym, który w czasie I wojny światowej robił to, czego medycyna do dziś robić się boi: wzmacniał organizm zamiast gonić patogen. Gdy świat nie znał jeszcze antybiotyków, Delbet opracował Propidon – preparat, który działał szerzej niż wiele dzisiejszych „cudownych terapii”, bo uruchamiał odporność nieswoistą.
Dziełem jego życia był jednak chlorek magnezu – najprostszy możliwy sposób ratowania energii komórki, fagocytozy i biologicznej zdolności przeżycia w warunkach wojny, stresu i sepsy. Chlorek magnezu był przez Delbeta opisywany także jako element długofalowej profilaktyki przeciwnowotworowej, wynikającej z poprawy odporności nieswoistej i warunków biologicznych organizmu.
Za to wszystko Delbet nie dostał Nagrody Nobla. Zamiast tego dostał ostracyzm. Jego rozwiązania były zbyt tanie, zbyt proste i zbyt skuteczne w tle, by pasować do świata procedur, patentów i marketingu. Dziś, gdy globalne bezpieczeństwo zdrowotne znów pęka pod ciężarem epidemii, antybiotykooporności i konfliktów zbrojnych, historia Delbeta wraca jak wyrzut sumienia: czy naprawdę zapomnieliśmy o nim dlatego, że się mylił – czy dlatego, że miał rację zbyt wcześnie?
Propidon i chlorek magnezu nie były konkurencyjnymi „preparatami”, lecz dwoma elementami tej samej koncepcji. Chlorek magnezu odbudowywał warunki biologiczne obrony – energię komórki, fagocytozę i stabilność organizmu. Propidon był bodźcem, który tę obronę uruchamiał. Delbet rozumiał immunoterapię nie jako poszukiwanie jednej cudownej cząsteczki, lecz jako sztukę wzmacniania gospodarza – i w tym sensie wyprzedzał epokę, która do dziś gubi się w pogoni za „tym jednym mechanizmem”.