To była jedna z najbardziej brawurowych akcji zbrojnego podziemia w powojennej Polsce. Okupiona została jednak daniną krwi. "Widok był makabryczny. Podłoga zalana krwią, połamane deski i kawały drzewa ze śladami krwi oraz leżących nieprzytomnych ludzi, których z powodu połamania rąk i nóg trzeba było układać na pryczy" — brzmią relacje z katuszy, które cierpieli schwytani Polacy.
Gwizdek rozległ się tuż po pierwszej w nocy. To był sygnał do ataku.
Moment był nieprzypadkowy — zmiana warty: podwojona obsada enkawudzistów ustępowała miejsca zwykłej. Pierwsza z trzech grup oddziału podporucznika Wichury (Edward Wasilewski) uderzyła od głównej-zewnętrznej bramy. To wtedy padło pierwszych czterech sowieckich funkcjonariuszy.
Nacierający zdołali wyeliminować kolejnych strażników, także tych obsadzających wieżyczki – ale nie wszystkich. Gdy sforsowali kolejne ogrodzenie i dostali się na właściwy teren obozu, jego załoga odpowiadała już ogniem broni maszynowej i granatami.