Technologia nie walczy bez ludzi. Wojna wysokiej intensywności obnażyła iluzję, że sama armia zawodowa nas obroni. Zamiast straszyć mobilizacją, zbudujmy przećwiczony, przejrzysty system rezerw — inaczej "Zeta" pozostanie tylko mitem z teczki.
Przedstawiamy fragment książki "Wojna, której nie chcemy. Ale czy jesteśmy na nią gotowi?", autorstwa Bartłomieja Wypartowicza i Wojciecha Kozioła, wydawnictwo Prześwity, Warszawa 2026.
Rezerwa nie zapomniała. Czy "Zeta" wróci?
Przez wiele lat problem polskiej rezerwy wojskowej był poza głównym nurtem debaty publicznej oraz strategicznej. Po zawieszeniu zasadniczej służby wojskowej przyjęto założenie, że państwo nie będzie już potrzebowało masowego zasobu osobowego, a bezpieczeństwo zostanie zapewnione przez armię zawodową oraz system sojuszniczy. W praktyce doprowadziło to do stopniowej degradacji znaczenia rezerwy w planowaniu obronnym. Rezerwiści przestali być postrzegani jako realny element sił zbrojnych, a zaczęli funkcjonować głównie jako pozycja w ewidencji administracyjnej. Taki stan rzeczy sprzyjał utrwaleniu przekonania, że nowoczesna wojna nie wymaga dużych zasobów ludzkich. Dominowała narracja o konfliktach krótkotrwałych, opartych na przewadze technologicznej, precyzyjnych uderzeniach i ograniczonym użyciu sił lądowych. W tym modelu rezerwa była traktowana jako relikt przeszłości, niepasujący do wizji profesjonalnej armii XXI wieku. Wiele na taki trend wskazywało, gdzie jakość żołnierza znacznie przewyższała kwestię ilości posiadanych zasobów: doskonale przeprowadzane przez Amerykanów operacje w Iraku (w 1991 oraz 2003 roku), czy działania w Afganistanie dowodziły, że współczesna wojna będzie wyglądała zgoła inaczej.