Wiosną 1940 roku na rozkaz Józefa Stalina NKWD rozstrzelano niemal 22 tysiące obywateli II Rzeczpospolitej, z czego blisko 15 tysięcy stanowili oficerowie Wojska Polskiego oraz Policji Państwowej. Sowieci dołożyli wiele starań, aby miejsca kaźni nigdy nie zostały odkryte. W kwietniu 1943 roku zbrodnia katyńska wyszła jednak na jaw. O tym, co zobaczyli przedstawiciele polskiej delegacji przywiezieni przez Niemców na miejsce ekshumacji pisze Jane Rogoyska w książce pt. Katyń. Dziedzictwo.
9 kwietnia 1943 r. prezes Polskiego Czerwonego Krzyża Wacław Lachert odebrał telefon z wydziału propagandy władz niemieckich w Warszawie. Wezwano go niezwłocznie do Pałacu Brühla – głównej siedziby hitlerowskiego gubernatora – gdzie przemówienie miał wygłosić specjalny wysłannik dr. Goebbelsa.
Niemcy informują o odkryciu w Katyniu
Podejrzewając, że chodzi o jakąś propagandową inicjatywę władz niemieckich, Lachert wytłumaczył, że nie może przyjść, powołując się na wcześniej umówione spotkanie. Ku jego zaskoczeniu – bo władze hitlerowskie nie miały w zwyczaju bawić się w uprzejmości wobec Polaków – urzędnik przyjął jego odmowę bardzo grzecznie, uspokajając Lacherta, że nie musi się martwić, jeśli nie zdoła przyjść. Obiecał mu też, że zadzwoni później jeszcze tego samego dnia i poinformuje go o wynikach spotkania.