Na początku Pekin był zaniepokojony nową niestabilnością. Z czasem uznał, że wojna z Iranem szkodzi USA bardziej niż Chinom — mówi politolog Wen-Ti Sung.
Newsweek: Chiny są wielkim graczem, którego wciąż za słabo rozumiemy. Jaką rolę odegrały w wojnie z Iranem? Czy próbowały doprowadzić do rozejmu?
Wen-Ti Sung: Z chińskiej perspektywy obowiązuje zasada przypisywana Napoleonowi: kiedy przeciwnik popełnia błąd za błędem, najrozsądniej jest usiąść z boku i pozwolić mu kopać sobie grób. Iran nie jest dla Chin prawdziwym sojusznikiem wojskowym, tak jak dla Stanów Zjednoczonych byli nim dawniej sojusznicy z NATO. Chińska polityka zagraniczna jest oportunistyczna. Nie stoi za nią spójna, oparta na wartościach wizja ładu międzynarodowego, jak w przypadku Ameryki czy Europy. Dla Pekinu wszystko jest kartą przetargową. Każdy kryzys można zamienić w dźwignię nacisku. W tym sensie Chiny działają bardzo transakcyjnie: jeśli nie podoba im się to, co robisz, potrafią ogłosić, że zraniłeś "uczucia narodu chińskiego", a potem oczekiwać konkretnych ustępstw jako rekompensaty.