— Obecny system żywnościowy jest zmonopolizowany przez międzynarodowe koncerny spożywcze i sieci handlowe. Jest też zyskowny dla instytucji finansowych, które obsługują monopolistów. Przegranymi są natomiast rolnicy, konsumenci i środowisko naturalne. Irytujące jest to, że wiemy, jak transformować system produkcji i konsumpcji żywności a brak środków finansowych nie stanowi bariery. Co więcej, efekty transformacji będą wielokrotnie większe niż konieczne nakłady — mówi w wielowątkowej rozmowie z Onetem dr hab. inż. Tadeusz Pomianek, prezydent WSIiZ w Rzeszowie.
Jak to jest z tą naszą żywnością? Czy jakość jedzenia na stołach przeciętnego konsumenta jest wysoka, czy mogłaby być lepsza?
Przede wszystkim trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, w jakim systemie technologicznym ta żywność powstaje? I tu nie mam dobrych informacji, ponieważ w Polsce dominuje przemysłowy, czyli intensywny system produkcji żywności. Dwa filary tego systemu to intensywne uprawy monokulturowe wspomagane przez nawozy sztuczne i pestycydy oraz fermy przemysłowe zasilane przez antybiotyki i hormony wzrostu. W Polsce średnie zużycie nawozów sztucznych i pestycydów na hektar jest odpowiednio trzykrotnie i dwukrotnie wyższe niż średnia światowa.
I taka produkcja ma wpływ na jakość?
To powoduje, że płody rolne z upraw monokulturowych są ubogie w ważne dla zdrowia ludzi i zwierząt składniki odżywcze, jak np. mikroelementy, witaminy i antyoksydanty, ale zasobne w chemiczne środki produkcji. Z kolei chów klatkowy, oparty na ubogiej paszy z upraw monokulturowych, wymaga stosowania antybiotyków i hormonów wzrostu, aby zapewnić szybki przyrost masy mięsnej, a także ze względu na częste występowanie chorób. Pozostałe w mięsie antybiotyki powodują lekooporność i zdaniem wielu naukowców za 25 lat przestaną być skuteczne w leczeniu ludzi. W Polsce, w hodowli zwierząt rocznie zużywa się 800 t antybiotyków, czyli 200 mg /kg mięsa, tj. 6 razy więcej niż we Francji i 5 razy więcej niż w Czechach.