Mawiał, że nie smakuje mu śniadanie, jeśli nie rozstrzela wcześniej kilku Polaków. Mimo wielu świadków okrucieństwa kat Pomorza i Kujaw nie stanął przed sądem. Rozmowa z Filipem Gańczakiem, autorem książki „Polakożerca”.
DW: Jest Pan autorem kilku książek, ale ta jest chyba pierwszą, której początek wziął się z rodzinnej historii. W jaki sposób postać „kata Pomorza i Kujaw” Ludolfa von Alvenslebena, szefa paramilitarnej formacji Selbstschutz Westpreußen, która w 1939 roku dokonała masowych mordów na tysiącach Polaków, łączy się z Pana rodziną?
Filip Gańczak*: Wśród starych zdjęć, które moi nieżyjący już dziadkowie trzymali w pudełku w szafie, była fotografia niepasująca do reszty. Był na niej ksiądz w otoczeniu ministrantów. Dowiedziałem się, że był to wujek babci – ks. Antoni Kozłowski, zabity przez Niemców na początku II wojny światowej. Dopiero w ostatnich latach zacząłem tę historię solidniej drążyć. Pomogła mi w tym na początku przygotowana przez jednego z krewnych kronika rodzinna, w której było podanych znacznie więcej okoliczności śmierci księdza Kozłowskiego. Potem książka Izabeli Mazanowskiej z Instytutu Pamięci Narodowej w Bydgoszczy, gdzie jego śmierć została umieszczona w szerszym kontekście tego, co historycy dzisiaj często nazywają „zbrodnią pomorską 1939”.
Większość Polaków kojarzy okrucieństwa, jakie naziści zadali ludności cywilnej np. Warszawy. Ale temat masowych mordów, a szczególnie eksterminacji polskiej inteligencji w Bydgoszczy i okolicach, jest dotąd w powszechnej opinii dość mało znany. Dlaczego?