Przez dziesięciolecia w Polsce stosowano preparaty przeciwgronkowcowe produkowane przez państwowe zakłady biologiczne. Delbeta, Panodinum czy szczepionki przeciwgronkowcowe funkcjonowały w praktyce klinicznej i wojskowej jako element szerszego systemu immunoprofilaktyki. Dziś niemal nikt o nich nie pamięta, a świat nadal poszukuje skutecznych rozwiązań przeciw sepsie, zakażeniom szpitalnym i antybiotykooporności. Co stało się z preparatami, które istniały jeszcze kilkadziesiąt lat temu?
Polska przez dekady stosowała model odporności, który próbował wzmacniać gospodarza przed zachorowaniem, zamiast reagować dopiero wtedy, gdy choroba już się rozwinęła. Dziś świat mierzy się z blisko 200 wirusami odpowiedzialnymi za infekcje dróg oddechowych i wydaje miliardy na coraz bardziej wyspecjalizowane rozwiązania. W efekcie ten sam problem rozwiązywany jest fragmentarycznie — patogen po patogenie — podczas gdy wcześniejszy model próbował zwiększać gotowość organizmu wobec całego spektrum zagrożeń.
Polska miała własny, spójny model myślenia o odporności. Łączył on preparaty ukierunkowane na konkretne patogeny z rozwiązaniami mającymi wzmacniać biologiczną gotowość organizmu. Nie była to teoria, lecz praktyka stosowana przez dekady w medycynie cywilnej i wojskowej. Elementy tego systemu — takie jak Pseudovac czy szczepionki przeciwgronkowcowe — wykorzystywano m.in. w oddziałach wysokiego ryzyka, leczeniu zakażeń oraz przygotowaniu żołnierzy do służby.