— Wyłączyli mi przepustkę. Chcę wiedzieć, o co chodzi. Dzwonię, odbiera jakiś pułkownik. Tłumaczy, że zachowałem się niestosownie. Zdębiałem. Nie mogłem w to uwierzyć. A ten pułkownik pyta, czy jak rozmawiałem z Kate, to patrzyłem jej w oczy. Ja, że podczas rozmowy każdemu patrzę w oczy. Usłyszałem: "No to żeś, k**wa, za długo w te oczy patrzył" — zdradza oficer MON w książce Edyty Żemły "Armia w ruinie". Inny wojskowy opowiada, jak kiedyś jeden z biskupów sprzeciwił się zachowaniu Antoniego Macierewicza oraz tłumaczy, czym były słynne "antonówki".
Poniżej publikujemy obszerny fragment książki "Armia w ruinie"
***
Oficer wojsk lądowych: Niektórzy wykorzystali wtedy swoje szemrane pięć minut. To znaczy, powiedzmy sobie szczerze, niektórzy zaczęli na ludzi donosić. W MON-ie stworzono mechanizm, że jak chciałeś zostać w wojsku, to musiałeś powiedzieć coś na kolegę. I zaczęło się donosicielstwo, knucie, szczucie na kolegów. Widzieliśmy te szybkie awanse i byliśmy zdziwieni. Zastanawialiśmy się: "O kurde, jak to, on awansuje, przecież nie ma ani przygotowania, ani nic". Ludzie zaczęli być bardzo nieufni nawet w stosunku do dobrych znajomych. Na korytarzach w MON-ie czy w dowództwach nie było już codziennego gwaru, rozmów, żartów. Wszyscy siedzieli zamknięci w swoich pokojach. Bali się. W samym wojsku aż tak dużego terroru i zamordyzmu nie było, ale w centrali w Warszawie, proszę mi wierzyć, urzędnicy i żołnierze bali się nawet własnego cienia.