Jako przyczynę katastrofy wskazano błąd ludzki. I błąd ludzki był, ale popełniono go wcześniej, podczas projektowania elektrowni. W ZSRR było tak, że jedni wiedzieli, a drudzy ginęli – mówi PAP Waldemar Siwiński, jedyny polski dziennikarz na procesie, w którym osądzono kierownictwo elektrowni w Czarnobylu.
PAP: W książce „Czernobyl. Od katastrofy do procesu” napisał pan, że o awarii w Czarnobylu – bo nie używało się jeszcze słowa „katastrofa” - dowiedział się pan 28 kwietnia 1986 r. z wieczornego „Dziennika telewizyjnego”. Jak pan zareagował?
Waldemar Siwiński: Byłem wówczas zastępcą naczelnego „Sztandaru Młodych”, z inżynierskim wykształceniem nabytym na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej. Uważałem, że rewolucja naukowo-techniczna pomoże ludzkości rozwiązywać problemy... Patrzyłem więc na te doniesienia jako inżynier, ale też jako dziennikarz zainteresowany przemianami w Związku Radzieckim. Doszedł tam do władzy Michaił Gorbaczow, znacząco młodszy od swoich poprzedników, było jasne, że coś w Moskwie się zmienia... I nagle coś takiego! Polska Agencja Prasowa nadała depeszę, którą szybko upubliczniły telewizja i radio. Było oczywiste, że stało się coś ważnego. Ale co? Dotarcie do prawdy stało się dla mnie nie tylko dziennikarskim obowiązkiem, ale też sprawą jak najbardziej osobistą.
PAP: Był pan na pochodzie pierwszomajowym?