Wcześniej można było przewidzieć, w jaki sposób potencjał militarny przeciwników przełoży się na sukcesy lub porażki w walce. Wojny w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie podważyły jednak zasady tego, co przeważa o zwycięstwie dzisiaj — komentuje analityk ekonomiczny Siergiej Szelin. I choć są żarty o generałach, którzy szykują się do "starej" wojny, nikt nie robi tego samego w stosunku do państw, które w najlepsze wydają miliardy dolarów na przygotowania do wojny przeszłości albo odwrotnie, oszczędzają na zbrojeniach. Jednym z przykładów tego podejścia są Niemcy. Po drugiej stronie jest Ukraina, Izrael i Iran, a także Rosja. A Polska?
Rok po rozpoczęciu II wojny światowej nie można było jeszcze przewidzieć jej wyniku, ale było jasne, że zwycięży ten, kto będzie miał silniejszą machinę wojenną i szybciej przeprowadzi mobilizację gospodarczą oraz wojskową. Innymi słowy, wygra ten, kto zdąży wyprodukować więcej samolotów i czołgów oraz w odpowiednim czasie wystawi więcej wyszkolonych żołnierzy.
Od początku obecnego globalnego kryzysu minął nie rok, ale znacznie dłużej. Trzy i pół roku po inwazji Rosji na Ukrainę i niecałe dwa lata po ataku Iranu i jego satelitów na Izrael coraz mniej zrozumiała jest logika mobilizacji gospodarczej i politycznej, którą niechętnie prowadzą główne, ale też drugorzędne mocarstwa.