Nowy program szkolenia strzeleckiego DU-7.x miał wzmocnić gotowość Wojska Polskiego po wybuchu wojny w Ukrainie. W praktyce przyspieszył degradację infrastruktury, przerzucił szkolenie na obiekty cywilne i zalegalizował prowizorkę. Od Osieka i Augustowa po Wiechlice i Piotrków Trybunalski schemat jest ten sam: wojsko strzela tam, gdzie się da, a koszty – finansowe, środowiskowe i infrastrukturalne – zostają na miejscu. To nie incydenty. To system.
Program ten miał być odpowiedzią na wojnę za wschodnią granicą. W praktyce stał się narzędziem, które przyspieszyło degradację infrastruktury szkoleniowej, zarówno wojskowej, jak i cywilnej. To nie jest metafora. To proces, który można prześledzić krok po kroku – w doniesieniach medialnych, lokalnych protestach i zamykanych strzelnicach.
Dziś obiekty cywilne pracują od rana do wieczora, pod presją wojska, które nie ma własnych strzelnic. Hałas, konflikty środowiskowe, skargi mieszkańców i postępowania administracyjne stały się normą. A wojsko jedzie tam, gdzie się da – bo nie ma alternatywy.
I to właśnie jest wierzchołek góry lodowej.
Już NIK w 2017 r. alarmował, że znaczna część wojskowych strzelnic jest nieczynna lub w złym stanie technicznym. Siedem lat później sytuacja jest gorsza, a wymagania szkoleniowe – wyższe niż kiedykolwiek. W latach 2018–2024 zamiast odbudowy fundamentów państwo mnożyło protezy, przerzucając ciężar szkolenia na obiekty cywilne.