Brytyjscy uciekinierzy z obozów nie byli wcale normalnymi, karnymi żołnierzami. Każdy z nich, niczym samiec alfa, chadzał własnymi ścieżkami. Ci trudni do okiełznania indywidualiści byli niesubordynowani, nie mieli pojęcia o konspiracji i warunkach życia pod okupacją niemiecką, a poza tym, nie znając języka, byli skazani na opiekę Polaków, zazwyczaj kobiet zwanych w żargonie konspiracyjnym "ciotkami". We wrześniu 1941 roku Komendant Główny ZWZ generał Rowecki "Grot" nie owijał już w bawełnę. Alarmował wręcz generała Sikorskiego, że polskie podziemie jest dla Anglików za ciasne. Fragmenty pochodzą z książki "Miasto szpiegów. Gra wywiadów w okupowanej Warszawie". Autorem jest Michał Wójcik.
Poniżej prezentujemy fragment książki za zgodą wydawnictwa:
Było ich trzech: Tom, Dick i Harry. Pierwszy wpadł od razu. Wystarczyła rutynowa kontrola. Co za pech! A było już wykopane 67 metrów! Niemcy wysadzili go w powietrze. Drugi, który zaczynał się w studzience odpływowej w baraku 122, wprawdzie nigdy nie został wykryty, ale w pewnym momencie stał się bezwartościowy. Obóz rozbudowano i wyjście na powierzchnię znalazło się na terenie nowej części. Ostał się tylko Harry, rekordzista. Sto pięć metrów pod ziemią. Obramowany 2000 desek, wyposażony w 150 metrów przewodów elektrycznych i lampy, 112 metrów liny i 750 wsporników. Opróżniony z rekordowych 130 ton piachu.